Dzieci rzadko bywające w kościele zrobiły dzisiaj wielkie oczy na święceniu koszyczka. Wszystko było nowe i jakże ciekawe. Jednak szybko zaczęły się nudzić, a ilość czasu potrzebna na poświęcenie koszyczka jest proporcjonalna do tej którą moje dzieci są w stanie wytrzymać bez ruchu. Roch bardzo pilnie obserwował kropidło, którego używał ksiądz, a po wyjściu stwierdził:
- Ja już wiem! To jest taka czarodziejska miotła!
No i już tradycją stało się zjadanie zawartości koszyka na ławce pod kościołem. Wróciliśmy więc do domu z koszykami pełnymi skorupek od jajek, ale za to z pełnymi brzuchami



