Nie ma co ukrywać. Jest zima to musi być zimno. I jest. Zimno jak cholera. Wczoraj na przystanku widziałam koksownik, a dzisiaj rano mój termometr pokazywał -20 stopni. Jednak niskie temperatury, aż tak bardzo mi nie przeszkadzają. Zima ma kilka innych aspektów, które są dla mnie bardziej irytujące. Jakie zapytacie. Ostrzegam, że to moje subiektywne zestawienie.
Po pierwsze: wszystko się elektryzuje. Normalnie boję się czegoś dotknąć, że mnie strzeli. A najgorzej elektryzują się włosy. O jak ja tego nie znoszę. Stojących naelektryzowanych włosów z którymi ciężko zrobić coś sensownego. Najlepiej schować je pod czapkę, ale tą trzeba czasem zdjąć i zonk. Efekt jeszcze gorszy niż wcześniej.
Po drugie: wyszykowanie się na spacer z dwójką dzieci zajmuje więcej czasu niż sam spacer. Te wszystkie szaliki, czapki, kremiki… A jak już to wszystko mamy na sobie i w końcu można wyjść wtedy pociecha oznajmia: Mamo! Kupę! Nic tylko strzelić sobie w głowę.
Po trzecie: szaro-burość. Szare niebo, biały śnieg, czarny asfalt i płaszcze przechodniów. Raz, dwa i depresja gotowa.
Po czwarte i to już naprawdę grozi problemami zdrowotnymi: rachunek za gaz. O tak Moi Drodzy jeśli chcecie siedzieć w ciepełku podkręcacie kaloryfery, a licznik przekracza dozwoloną prędkość. Listonosz przynosi rachunek, a Ty przed jego otwarciem zażywasz krople na serce i masz nadzieję, że będzie inaczej niż zwykle, ale powiedzmy sobie szczerze: Nie będzie!
Jest jednak remedium na te bolączki. Można oczywiście wyjechać do jakiegoś miłego, ciepłego miejsca, ale niestety nie przydarzyło mi się dotąd szczęścia trafienia szóstki w lotto.
Potrzeba oczywiście czasu, bo za jakiś miesiąc, półtora zaczniemy powoli żegnać zimę i powitamy wiosnę. Mam nadzieję, że w tym roku jak u Grechuty zapuka wcześniej niż oczekiwałam. Na koniec trochę kolorów żeby natchnąć się nadzieją i odgonić zimową depresje.