Dużym być…

Żeby być dorosłym i iść do pracy trzeba najpierw posiąść pewne niezwykle istotne umiejętności. Według mojego syna są to:
- czytanie
- pisanie
- liczenie
- dojenie krowy
- szybkie jeżdżenie na koniu
- rzucanie oszczepem
- jazda samochodem tak żeby nikogo nie rozjechać
- bardzo szybkie jeżdżenie motorem
- naprawianie samochodu

Uff… na szczęście nigdy nie będę dorosła.

A tak poza tym to skąd się biorą pieniądze? I którędy samochód robi kupę?!

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy

Córunia u Tatunia…

Dla odważnych, bo podobno takim trzeba być żeby puścić córkę na wyjazd z tatusiem. Lub dla szalonych jak kto woli. Bo wiadomo co zrobi… zepsuje albo zgubi. Proste przecież. Każdy wie, że faceci nie umieją zajmować się dziećmi.

Swoją drogą ciekawe ile jeszcze czasu musi upłynąć zanim nasze babki/ciotki/sąsiadki przestaną głęboko wierzyć i jeszcze innym wmawiać, że tylko kobieta odpowiednio zajmie się dzieckiem, a już na pewno małą dziewczynką. No bo w końcu mamy to równouprawnienie czy nie? No to jak mamy to o co chodzi?

Matka potrzebuje czasem stęsknić się za swoimi dziećmi. Dla zdrowia własnego, żeby przemyśleć i nabrać dystansu, a może nawet wpaść na nowe pomysły jak poradzić sobie z buntem dwulatka. I żeby rozczulić się nad zdjęciem wysłanym przez męża.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

A może by tak…

Ustanowić kilka dodatkowych przyjemnych dni? Mam nawet kilka pomysłów np. Dzień Spokojnego Czytania Książki albo Dzień Nierobienia Obiadu ewentualnie Dzień Abstynencji Dziecięcej. Walentynki i Tłusty Czwartek są ok, ale nie do końca spełniają moje oczekiwania (zwłaszcza to pierwsze).

No dobra już sama sobie ustanowiłam te dni. Częściej niż raz w roku. Dużo częściej! A co? Bo potrzebuje! Mam nieokiełznaną potrzebę spędzenia czasu pod kocykiem z dobrą książką i herbatą. Nic mnie nie powstrzyma! Niech no ktoś spróbuje.

Takie egoistyczne instynkty się we mnie budzą i domagają się realizacji. Cóż… Kiepska ze mnie Matka Polka…

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Obejrzane, przeczytane

Niestety ostatnio najczęściej zdarza mi się czytać pozycje branżowe. Jednak od czasu do czasu uda mi się ukraść kilka wieczorów dla beletrystyki. Czytać uwielbiam od małego, więc raz na jakiś czas uraczę Was małą recenzją. Zdarza mi się też obejrzeć jakiś film na małym lub dużym ekranie. Ostatnio wiele przeze mnie przeczytanych książek doczekało się ekranizacji mniej lub bardziej udanych.

“Nie wiem jak ona to robi” to świetna, prześmieszna książka Allison Pearson. Niezbyt długa, bardzo wciągająca. Momentami miałam wrażenie, że autorka pisze o mnie. Film na słabiutkie 3. Mocno spłycony, zamerykanizowany w negatywnym sensie. Być może gdybym książki nie czytała to jeszcze jeszcze, a tak to miałam wrażenie jakby twórcy filmu nie zrozumieli przesłania książki albo byli mężczyznami i tylko tyle dane było im zrozumieć. Niezła obsada nic tu nie pomogła. Eh szkoda…

Trylogia Millenium Stiega Larssona- wszystkie trzy części świetne. Niesamowicie wciągające, zafundowały mi dzięki swojej objętości kilka nieprzespanych nocy. Z ekranizacjami też jest nieźle. Szwedzkiej są już dostępne wszystkie części i bardzo przyjemnie się ogląda. Trzecia część najsłabsza, ale trzyma poziom. Dużym plusem aktorka grająca rolę Lisbeth Salander. Obejrzałam też pierwszą część wersji amerykańskiej z Danielem Craigiem. Bałam się jak blichtr Hollywood wpłynie na twórczość Larssona, ale ku memu zdziwieniu jest całkiem przyzwoicie. Póki co wybieram pierwszą ekranizację, ale poczekam na całość amerykańskiej wersji i wtedy wydam ostateczny werdykt.

“Dziwne losy Jane Eyre” to klasyka, która na mojej półce już dawno obrosła kurzem. Jednak wróciłam do niej po przejmującej ekranizacji Cariego Fukanagi. Świetna Mia Wasikowski i uwielbiana przeze mnie Judy Dench. Mega pozytywne zaskoczenie. Polecam także dla tych, którzy książki nie czytali.

Na koniec jedna z pozycji, którą wyjątkowo najpierw obejrzałam, a dopiero teraz czytam, czyli “Gra o tron”. Świetnie zmontowany, cudowne zdjęcia, obsada… Już się nie mogę doczekać drugiego sezonu, bo “Gra o tron” to serial wyprodukowany przez HBO. Książkę dopiero zaczynam, ale już widzę, że jest nieźle :)

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

Marchewkowe pole

Zaopatrzeniowiec. Tak nazywa siebie moja koleżanka, gdy jedzie robić zakupy dla swojej rodziny. Ja ostatnio też działam jak zaopatrzeniowiec starając się ocenić ile przysmaków kupić moim dzieciom żeby starczyło do następnych zakupów. I tak dzisiaj kupiłam 3 kg jabłek, 2 kg jabłek i 5 pęczków rzodkiewek w nadziei, że starczą chociaż na trzy dni. Tak właśnie największe przysmaki dla moich dzieci to właśnie warzywa i owoce…

Tak, tak bardzo się cieszę, że lubią je jeść i nie muszę ich zmuszać, przekupywać czy grozić. Jednak zjedzenie worka jabłek w dwa dni to lekka przesada. W dodatku wszystkie te produkty życzą sobie jeść na surowo. Sońka nie pogardzi jeszcze gotowanymi brokułami lub brukselką, ale poza tym to od rana: Mamo, obierzesz mi marchewkę? Mamo, myłaś te jabłuszka? Muszę się nieźle nagimnastykować żeby zjedli coś ciepłego.

Normalnie chyba ogródek warzywny założę i będę uprawiać. To będzie musiał być jednak duuużyy ogród, bo kilogram marchwi starcza nam na jeden dzień :)

A na stronie http://pl.123rf.com znalazłam dobre zdjęcia obrazujące uczucia moich dzieci do warzyw i owoców

Opublikowano Uncategorized | 3 komentarzy

Lato, lato, lato, echże ty…

Nie ma co ukrywać. Jest zima to musi być zimno. I jest. Zimno jak cholera. Wczoraj na przystanku widziałam koksownik, a dzisiaj rano mój termometr pokazywał -20 stopni. Jednak niskie temperatury, aż tak bardzo mi nie przeszkadzają. Zima ma kilka innych aspektów, które są dla mnie bardziej irytujące. Jakie zapytacie. Ostrzegam, że to moje subiektywne zestawienie.

Po pierwsze: wszystko się elektryzuje. Normalnie boję się czegoś dotknąć, że mnie strzeli. A najgorzej elektryzują się włosy. O jak ja tego nie znoszę. Stojących naelektryzowanych włosów z którymi ciężko zrobić coś sensownego. Najlepiej schować je pod czapkę, ale tą trzeba czasem zdjąć i zonk. Efekt jeszcze gorszy niż wcześniej.

Po drugie: wyszykowanie się na spacer z dwójką dzieci zajmuje więcej czasu niż sam spacer. Te wszystkie szaliki, czapki, kremiki… A jak już to wszystko mamy na sobie i w końcu można wyjść wtedy pociecha oznajmia: Mamo! Kupę! Nic tylko strzelić sobie w głowę.

Po trzecie: szaro-burość. Szare niebo, biały śnieg, czarny asfalt i płaszcze przechodniów. Raz, dwa i depresja gotowa.

Po czwarte i to już naprawdę grozi problemami zdrowotnymi: rachunek za gaz. O tak Moi Drodzy jeśli chcecie siedzieć w ciepełku podkręcacie kaloryfery, a licznik przekracza dozwoloną prędkość. Listonosz przynosi rachunek, a Ty przed jego otwarciem zażywasz krople na serce i masz nadzieję, że będzie inaczej niż zwykle, ale powiedzmy sobie szczerze: Nie będzie!

Jest jednak remedium na te bolączki. Można oczywiście wyjechać do jakiegoś miłego, ciepłego miejsca, ale niestety nie przydarzyło mi się dotąd szczęścia trafienia szóstki w lotto.
Potrzeba oczywiście czasu, bo za jakiś miesiąc, półtora zaczniemy powoli żegnać zimę i powitamy wiosnę. Mam nadzieję, że w tym roku jak u Grechuty zapuka wcześniej niż oczekiwałam. Na koniec trochę kolorów żeby natchnąć się nadzieją i odgonić zimową depresje.

Od 3 lutego 2012
Od 3 lutego 2012
Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Eh ci faceci…

Dzisiaj będzie stereotypowo. Otóż faceci niezależnie od wieku są w pewnych kwestiach identyczni. Zaglądają do lodówki i mimo precyzyjnych wskazówek nie mogę znaleźć musztardy/masła/mleka czy czego tam bądź, nawet jeżeli dana rzecz znajduje się centralnie na widoku. Myją zęby, a potem całe lustro jest w paście do zębów itd…

Skąd wzięło mi się dziś na takie teoretyzowanie? Od jeszcze jednej wspólnej męskiej cechy, którą dziś zaobserwowałam będąc z dziećmi na sankach. Roch stoi na górze, a sanki są na dole, a on mówi: przyprowadź mi sanki (oczywiście umiejętność używania władczego tonu opanowana do perfekcji). Ja na to, żeby się sam pofatygował, a on woła: Sonia przyprowadź mi sanki. I ta mała, uczynna dziewoja biegnie, mało nóg nie pogubi… Oni (faceci) uwielbiają się wysługiwać innymi i jakoś zazwyczaj udaje im się znaleźć kogoś do tego celu.

Na nic się zdał feminizm trzeciej fali. Na nic palenie staników. Nie poradzimy nic na to, że my jesteśmy z Wenus, a oni są z Marsa. Oczywiście od czasu sufrażystek wiele się zmieniło i dalej się zmienia. Jednak pewne rzeczy są niezmienne i nie mamy na to wpływu. Czy jednak na pewno byśmy tego chciały? Ja po przemyśleniu stwierdzam, że nie. I w żaden sposób mnie koleżanki studentki nie przekonacie. O nie!

Nawet pasuje mi, że mogę się spojrzeć z politowaniem, a następnie z zamkniętymi oczami znaleźć masło w lodówce. Mogę westchnąć znacząco i umyć lustro po raz trzeci w tym tygodniu. Dlaczego? Bo to w gruncie rzeczy takie dowartościowujące. Oto ja- żona, matka jestem niezastąpiona. Bez mojego udziału to gospodarstwo domowe nie funkcjonowałoby prawidłowo, a biedne sierotki chodziłyby głodne i brudne. Czuję się taka potrzebna i ważna (choć to niekoniecznie prawda). Jednak czasem ten stan jest cholernie męczący i frustrujący, a odpowiedzialność ciężka do zniesienie. Wtedy właśnie muszę sobie ponarzekać na męską bezradność i poskarżyć na łamach bloga.

ps. wskazówka dla czytającego: tekst traktować z odpowiednim przymrużeniem oka :)

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz